Uncharted: Drake's Fortune

<object width="425" height="344">
<embed src="http://www.youtube.com/v/KrUjHaIytKE&hl=pl&fs=1&color1=0xe1600f&color2=0xfe bd01" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"></object>
Trailer pełnej już wersji gry.
"Sic parvis magna"?
"Greatness from small beginnings."
Kiedy w 2005 roku konsola Microsoftu zaliczyła lekki falstart względem konkurencji, wiadomym było, że Sony musi się postarać, jeżeli chce dogonić Firmę z Redmond. Tym razem to nie marka PlayStation dyktowała warunki, teraz to konkurencja miała ten przywilej. Oczywistym również jest, że przy obecnej generacji konsol wygrana Sony nie będzie już tak szybka i łatwa, jak to miało miejsce po kilkudziesięciu miesiącach od premiery PlayStation 2. Niepewny start, wielkie oczekiwania i nadzieje od wiel oletnich użytkowników znanej na całym świecie Czarnuli, w końcu presja i wszystkie nieprzychylne komentarze i złe słowa pod adresem Sony i ich nowego dziecka - to raczej nie wróżyło niczego dobrego.
Wszyscy zdawali sobie sprawę z mocy drzemiącej w Chlebaku i jedynie czekającej na odpowiednio utalentowany i doświadczony zespół deweloperski, który byłby w stanie uwolnić ten potencjał. Po całkiem niezłych - aczkolwiek "jedynie" dobrych, bo pionierskich na nowym sprzęcie - grach, jak np. Motor Storm, czy Resistance: Fall of Man, ewidentnie Chlebacz się rozpędzał. Wszyscy oczekiwali coraz to huczniejszych i efektowniejszych zapowiedzi gier, które prawdopodobnie miały rozpętać małą burzę na rynku i w światku konsolowym. Wszyscy z zapartym tchem oczekiwali na recenzowane tu Uncharted: Drake's Fortune już niemal od pierwszego dnia zapowiedzi. Wreszcie wszyscy posiadacze PS3 mieli swoje święto - dzień premiery pierwszego (nie będę tego ukrywać) tak udanego tytułu, ekskluzywnego dla naszej konsolki.
'El Dorado' - 'the Golden Man'!
Po odpaleniu dobrze nam znanej, zawartej w większości gier posiadających osobne menu, opcji „New Game", możemy podziwiać świetnie wyreżyserowany i poprowadzony filmik otwierający (z resztą jak wszystkie inne wstawki w tej grze). Dlaczego świetnie? Dobre pytanie, bo dzięki niemu możemy docenić kunszt i pieczołowitość wydawcy - Sony Computer Entertainment (wydawca) nie pożałowało pieniędzy na profesjonalne sesje motion-capture, dopełniające wspaniałego klimatu gry. Ale o tym za chwilę. W każdym razie - z opening'u dowiadujemy się, że niejaki Sir Francis Drake - pra-pra-pra-[...]-dziadek Nathana "Nate" Drake'a (naszego protagonisty) - na niedalekiej wyspie, dawno temu opuszczonej przez jakiekolwiek kolonie, pozostawił skarb. I to nie byle jaki skarb, bo samo legendarne El Dorado! Nathan, jako podróżnik i z zamiłowania łowca przygód, postanawia odwiedzić ową wyspę, mając pod ręką osobisty pamiętnik Francis'a oraz swojego starego kumpla z dawnych lat - Victora "Sully" Sullivan'a - i dociekliwą reporterkę, Elene Fisher, jako wsparcie. Szybko jednak okazuje się, że nie będzie to przygoda żywcem wyjęta z programu National Geographic, a raczej taka, która w programie zawiera ciągłą ucieczkę/wymianę ognia z piratami morskimi, oraz skoki nad kilkudziesiąt (kilkuset?) metrowymi przepaściami. Oczywiście nie zabrakło też czarnych charakterów, którzy raczej nie zechcą nam pomóc w odnalezieniu skarbu, a (jak się już pewnie domyślacie) wręcz przeciwnie.
- Jesus, what are those things?
- It's the Spaniards, Sully. They never left.
Sama rozgrywka opiera się na ciągłym przemierzaniu wzdłuż i w szerz owej wyspy. Natkniemy się na niej zarówno na piratów (najczęściej spotykany przeciwnik w grze), jak i przeszkody naturalne lub stare budowle i konstrukcje. I wbrew pozorom, to właśnie te drugie jest naszą główną przeszkodą na drodze do bogactw wyspy. Tak więc poza oczywistymi elementami, jak ostrzeliwanie się zza osłony („na GoW'a"), możemy spodziewać się takich atrakcji, jak naprawdę dalekie skoki, bieganie po ścianach z pomocą liany, nerwowych ucieczek przed wrogiem (lub bezwładnym spadkiem sto metrów w dół, jak kto woli), czy wreszcie jazda jeep'em i osłanianie "tyłów" CKM'em. Szczególnie te ostatnie - jazda samochodem w środku wielkiej dżungli, czy skuterem wodnym pośród kilkuset letnich, zalanych wodą ruin, jest miłą odskocznią.
W samym środku gęstej, opatrzonej w setki łusek wysypujących się na ziemie, akcji, często nie zabraknie nagłych zwrotów sytuacji. Wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, kiedy np. będąc w ruinach podziemnego miasta, natknąłem się na bunkier wyjęty rodem z Call of Duty 3! Do tego w chwilę potem dowiadujemy się o mrocznym sekrecie szukanego przez nas skarbu El Dorado, który doprowadził wszystkich nazistów przebywających w bunkrze w... Hmm, pamiętacie Goluma z Władcy Pierścieni? No właśnie. Tego typu atrakcje zaskakują nas na niemal każdym kroku.
Na wzór Tomb Raider'a - inspiracji Naughty Dog przy tworzeniu Uncharted - poza wieloma elementami zręcznościowymi i typowo platformówkowymi, w grze natkniemy się na różnej maści zagadki. I tu właśnie wkracza notes przodka naszego bohatera. Dzięki wszystkim cennym wskazówkom i szkicom w nim zawartym, nie poczujemy się zupełnie zagubieni przy rozwiązywaniu kolejnych łamigłówek. Możemy również liczyć na takie drobiazgi, jak szybkie mash'owanie przycisków w celu otwarcia kilkutonowego, zardzewiałego włazu w starym U-bot'cie (nie powiem gdzie go znajdziecie, nie chcę psuć niespodzianki), bieg po zapadającym się, drewnianym moście, czy chociażby balansowanie na krawędzi wielkiego wodospadu, będąc równocześnie pod ostrzałem.
Bronie. Tutaj Naughty Dog się popisało. To w zasadzie bardzo ciekawe, bo to już drugi startowy tytuł PlayStation 3, w którym mamy okazję do zabawy tyloma ciekawymi "szczelbami" - ten pierwszy to oczywiście Resistance. Tak więc w grze znajdziemy takie bronie, jak podstawowy pistolet, sześciostrzałowy, mocarny rewolwer, strzelbę (bądź też tzw. shotgun'a), przez wszelkiej maści karabiny, takie jak M16, czy "kałach", a na granatach, czy granatniku kończąc. W zasadzie zestaw na papierze nie prezentuje się jakoś oszałamiająco, jednak zapewniam, że bronie są dobrze wyważone i tak naprawdę zabawa każdą z ich daje radochę. Dodatkowo w sytacjach krytycznych, kiedy nasza broń w najmniej odpowiednim momencie żąda od nas przeładowania, zawsze pozostaje nam opcja podbiegnięcia do oponenta i potraktowania go solidnym combo - prawy sierpowy, piącha w brzuch, lewy sierpowy. Trzeba zaznaczyć, że aby wyprowadzić taki atak, musimy w odpowiednim czasie "wklepać" przyciski - swoisty quick time event. Uroku dodaje wspaniała animacja, towarzysząca z resztą wszystkim elementom gry. W grze nie uświadczymy za to typowego paska życia, towarzyszącego dotychczas większości platformówkowym produkcjom Naughty Dog, bo zamiast niego mamy - jak to ostatnie trendy growe nakazują - czerwieniejący na wzór krwi ekran, po którym możemy poznać, że dość już zabawy w Rambo i należy się schować za jakąś osłoną, aby energia się trochę podładowała. Dla wszystkich sceptyków dodam, że na wyższych poziomach trudności system ten może stanowić prawdziwe wyzwanie - poziom Hard może momentami wywołać u nas uczucie nienawiści do gry, o Crushing nie wspominając... O samych elementach platformówkowych rozpisywać się tu nie będę, bo i nie ma po co - nie różnią się od tych z pozostałych gier niczym, poza tym, że są pierwszoligowe
.
Oh, Nate, for God's sake...
Jak już wcześniej pisałem, fanboy'e Sony wyczekiwali tej gry od bardzo długiego czasu. W dzisiejszych czasach, kiedy to grafika stoi na równi z fabułą, czy gameplay'em, wielu upatrywało w Uncharted tego, czym mógł pochwalić się Xbox w dniu premiery Gears of War - szajby, istnych fajerwerków graficznych, do których studio Pixar nie bałoby się przyznać. I wiecie co? W sumie nikt, kto czekał na premierę recenzowanej tu gry, nie mógł poczuć się zawiedziony. Ba!, do dzisiaj nikt nie może czuć zawodu - gra nadal stoi w czołówce tytułów konsolowych, prezentując klasę samą w sobie. Być może nie jest to poziom Killzone 2, od którego aż tak bardzo graficznie Uncharted nie odstaje, jednak gra ma na karku już prawie dwa lata, więc do takich porównań nie mamy też prawa.
Na wyróżnienie zasługuje tu natomiast - wcześniej kilkakrotnie wspominana - animacja, której fenomen po części zawdzięczamy sesjom motion-capture, wspaniale podkreślającym klimat gry. W Nathana naprawdę można się wczuć. Mamy tu także spotykane na niemal każdym kroku, bardzo dobrze wykonane tekstury. Do tego dorzucamy celująco wykonane wszelkiej maści „efekty specjalne", takie jak wybuchy, ślady po starciach, czy sama woda. Gra zasłynęła również z pierwszej tak realistycznie i "żywo" oddanej dżungli w grach. Tutaj również można poczuć się jak poszukiwacz przygód, przecierający drogę na dziewiczym szlaku. Mamy tu również wspaniale i z rozmachem odwzorowane ruiny, wyciągnięte jakby prosto z XVI wieku. Gdybym miał to wszystko podsumować w jednym zdaniu, brzmiałoby to mniej więcej tak: doskonale zaprojektowane, wykonane i zapadające w pamięć lokacje, bijące na głowę wszystkie inne w konkurencyjnych grach.
<embed src="http://www.youtube.com/v/aYSoXlL_Maw&hl=pl&fs=1&color1=0xe1600f&color2=0xfe bd01" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="560" height="340">"><object width="560" height="340"></object>
Pokaz lokacji, jakie odwiedzimy w grze.
- So who was that guy?
- Just an old business assho - OH LOOK OUT!
W grze uświadczymy naprawdę dobrze oddane efekty dźwiękowe wybuchów, wystrzałów, wykrzyknięć, czy innych takich zaczynających się na „wy-" (sorry, skończyły mi się pomysły
. Odgłosy umierających przeciwników, czy chociażby oddanie potęgi wielkiego, porównywalnego do największych na świecie, wodospadu zasługuje na podziw. Muzyka również nie odstaje od całości gry - wszelkie przygrywki na instrumentach przypominających flety, momentalnie kojarzą mi się z Indiańskim, egzotycznymi klimatami - czyli idealnie wpasowują się w klimat gry. Muzyka zmienia się w zależności od akcji, więc kiedy np. po dłuższej sekwencji "skakanej", nagle trafiamy prosto do obozu wroga, sama muzyka potrafi wywrzeć na nas niemałą presję („żeby tylko nie rzucił granatem...") i wywołać ciary na plecach. Mamy tu również wspaniale oddany dubbing aktorów, przez co podczas przerywników filmowych możemy poczuć się jakbyśmy brali udział w jakimś wiekopomnym filmie. Tutaj również nie poczujemy się zawiedzeni.
You are not gonna believe this.
Czas na najmniej przyjemną część tego tekstu - wady. Na szczęście dla nas nie ma ich wiele. Należy tu wspomnieć o słabym modelu jazdy (pływu?) na skuterze wodnym, kilku błędach związanych z czysto techniczną częścią gry, kilku słabszych lokacjach (właściwie to jednej - bunkier, choć klimatyczny, to jednak strasznie szaro-bury i trochę monotonny), braku trybu multi-player (co zrekompensuje nam "dwójeczka" o podtytule Among Thieves) , czy wreszcie słabym i trochę rozczarowującym zakończeniu gry - sam boss również nie zadowala...
You wanna tell me what the hell's going on!?
Uncharted: Drake's Fortune garściami czerpie z innych dzieł - czy to growych, czy też filmowych. Nie ma na siebie zbyt wielu oryginalnych koncepcji. Jest mieszanką samych tuz gatunku: Gears of War (osłony), Resident Evil 4 (widok znad ramienia przy celowaniu), Tomb Raider (główny bohater, zagadki), czy wreszcie seria filmów o Indiana Johns'ie. Za krztyny oryginalności w mechanice, niewiele więcej w fabule, czy przy bohaterach. Nic. I to się chwali! Owszem, Naughty Dog zrzyna, ale zrzyna z klasą! Tępo akcji, grafika, dźwięk, właśnie wspaniała, wręcz klasyczna fabuła i bohaterowie, niezapomniane atrakcje, czy lokacje, zwroty akcji, zaskakujące na każdym kroku, filmowe wstawki, zadowalająca długość gry, modele postaci, animacja, dżungla, bronie... Uff, można jeszcze wiele powiedzieć o tej grze. Że zmiażdżyła konkurencję, że była (jest) system-seller'em PS3. Jednak ja osobiście najbardziej ją chyba cenie za niezapomniane chwile i filmowy klimat, dotąd nieczęsto spotykany przecież w grach. Za rekomendację może posłużyć tu wyróżnienie gry na tle międzynarodowym - media nie szczędziły w superlatywach i oceniały grę bardzo dobrze. W niektórych pismach/serwisach zdobyła nawet zaszczytne miano gry roku 2007! I przecież zawsze pozostaje Wam moja opinia - ale nie musicie mi wierzyć na słowo, nic na siłę. Proponuję samemu obadać - ja moich 200 złotych już dawno tak dobrze na grę nie wydałem.
<object width="425" height="344">
<embed src="http://www.youtube.com/v/qh4pU8HCmWU&hl=pl&fs=1&color1=0xe1600f&color2=0xfe bd01" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"></object>
Spot reklamujący Uncharted. One ordinary man, one extraordinary adventure.
Plusy:
- Fabuła, bohaterowie;
- Filmowy klimat;
- Mechanika gry, gameplay;
- Lokacje;
- Przerywniki filmowe;
- Gra - 99 zł. Niezapomniane przeżycia? Bezcenne.
Minusy:
- Kilka słabszych miejscówek;
- Zakończenie;
Ocena:
Grafika: 8.5 / 10
Dźwięk: 9.5 / 10
Gameplay: 9.5 / 10
Ocena ogólna: 9.5 / 10
Recenzja napisana przez mr. Foo. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Bookmarks